Niechciany gość

PicsArt_1437337232936

 

 

Pojawił się w moim życiu zupełnie nieoczekiwanie…Nie zdawałam sobie sprawy, że już na zawsze zwiąże ze mną swój los, a na dodatek odmieni moje życie…Nie miałam wyjścia – musiałam się z nim oswoić …

 

Kiedy w ciągu 1,5 miesiąca przytyłam 11kg tłumaczyłam to siedzącym trybem życia… Kiedy ból głowy wyciskał łzy z moich oczu zrzucałam to na migreny…Kiedy od pozytywnego humoru w sekundę przechodziłam do ataków złości i nerwów wydawało mi się to normalną częścią kobiecej natury  (w końcu kobieta zmienną jest )…Kiedy rozkładało mnie byle przeziębienie uzasadniałam to brakiem witamin, zdrowego odżywiania itd…A kiedy wreszcie zaczęłam dosłownie zasypiać na stojąco myślałam, że to efekt osłabienia i niedospania przez Młodą…

Prawda okazała się jednak z goła inna. Na szczęście, lepiej późno niż później w końcu wybrałam się do swojej lekarki, dla której diagnoza była niemal oczywista, a późniejsze badania i wizyta u endokrynologa tylko ją potwierdziły. Na co dzień nosi różne imiona – Japończyk, hashimoto, autoimmunologiczne przewlekłe zapalenie tarczycy…siedzi sobie i „podjada” moją tarczycę, a na dodatek ciągle przywołuje jakichś „kumpli” (czasem zdecydowanie groźniejszych niż on sam) ;)  Dla niego moja tarczyca i ja jesteśmy intruzami, których trzeba zniszczyć. Straszny z niego zimny drań…Do wizyty w naszym organizmie zachęca go obciążenie genetyczne, ale i poród, stres oraz nerwy. Teoretycznie narażony jest zatem każdy.

Dla osób, które nie miały i nie mają styczności z Hashi, choroba wydaje się błaha, bo przecież to „choroba na lenia”. A tymczasem, my motylki bez swojej tabletki życia czujemy się tak jakby SNP* trwał u nas miesiąc zamiast kilku dni w miesiącu. I nasze rodziny muszą z nami wytrzymać ! Wyobrażacie to sobie ?! Do tego dochodzą wszystkie dolegliwości, które wymieniłam na początku. Łatwo nie jest, ale przy pozytywnym nastawieniu, lekach i  odpowiednim trybie życia można funkcjonować całkiem normalnie :)

U mnie oprócz wielu farmaceutyków, cuda zdziała zmiana diety (m.in. powrót do wagi sprzed ciąży): 5 posiłków dziennie, ograniczenie słodyczy, zero napojów gazowanych, dużo warzyw, owoców, wody, z mięs tylko drób i ryby i oczywiście praktycznie bez glutenu oraz laktozy. Niektórzy wprowadzają jeszcze bardziej restrykcyjne ograniczenia, bo co lekarz, co chory tyle pomysłów na leczenie. Ale to temat rzeka, więc Wam odpuszczę ;)

Pisząc o moim Japończyku, chciałabym Wam pokazać, że jestem prawdziwą osobą – z krwi i kości, że także przychodzi mi zmagać się z różnymi problemami, że nie zawsze mam siłę na cokolwiek, a jednak nigdy nie przestaję walczyć ze sobą i swoimi słabościami. Druga sprawa – może moje „uzewnętrznienie się” zmieni nieco sposób patrzenia na tę chorobę przez pryzmat zarówno innych motylków, jak i tych osób, dla których jest ona czymś nowym albo nieznanym. Pierwsi powinni mniej narzekać i przestać doszukiwać się kolejnych skutków choroby (już słyszę gromy z jasnego nieba od moich pobratymców ;) ). Drudzy powinni nauczyć się nie bagatelizować naszych problemów, o których mają znikomą wiedzę, a także traktować z przymrużeniem oka nasze humory (taki nasz urok ;) ).

Jeśli ktokolwiek z Was dostrzega w moim opisie siebie, nie lekceważcie proszę podanych wyżej objawów i na wszelki wypadek zróbcie badanie trójcy czyli TSH, FT3 i FT4 (koniecznie wszystkie, a nie tylko TSH jak sugeruje większość lekarzy). Może dotrzecie w ten sposób do źródła i w porę zaczniecie leczenie doraźne i zaradzicie męczącym dolegliwościom. W końcu „Lepiej późno niż później ” ;)

 

Ja jestem przykładem, że można „dogadać się ” z tym nieproszonym gościem i cieszyć się pełnią życia.

A teraz fruuunę na słonko:) Za oknem tak pięknie…

ps. O ironio, zawsze uwielbiałam motyle :) w końcu przyszło mi nim być ;)

*SNP – dla niewtajemniczonych syndrom napięcia przedmiesiączkowego czytaj hormonalna bomba o opóźnionym zapłonie.